
Pobiliśmy :) Oficjalnie "Hey Joe" zagrało 1581 osób z całej Polski, oraz goście z zagranicy. Poprzedni rekord należał do Amerykanów, których było 1556. Fakt, instrumenty raczej kiepsko stroiły, ale raz - prawie nie było słychać, dwa - to nie miało znaczenia. Granie w takiej imprezie jest niesamowite. Mógłbym tu coś napisać o jednoczeniu pokoleń i tym podobne bzdety, ale nie lubię patosu, więc sobie daruję :)

Potem były koncerty - Hiram Bullock, Leszek Cichoński, Clas Yngstrom gdzieś-tam mi przemknęły, bo nie znam specjalnie tych wykonawców. Czekałem na formację „Jan Borysewicz Group”, a na scenie pojawił się „najzwyklejszy” Jan Bo w składzie Borysewicz, Pilichowski, Jabłoński. Niestety, to co pokazali było tak żenujące, że słów brak. Borysewicz nie pamiętał tekstów, zespół był totalnie niezgrany, gubili frazy, zapominali, co mają grać, kończyli utwory w środku i zaczynali od środka. „Buntownika” zagrali na dwa razy. Borysewicz się nawet nie przywitał, nie usprawiedliwił takiej a nie innej formy, jedyne co powiedział to „dzięki” na końcu koncertu. Jedyne dwa jasne punkty ich występu to „Little wing” i „Sunshine of your love” zaśpiewane przez jakiegoś wrocławskiego wokalistę, którego z nazwiska niestety nie znam.

I na końcu - Perfect. Wielki zespół. Może i płyty zaczynają powoli słabnąć. Może i Markowski zaczyna wyglądać jak karykatura. Ale na scenie są świetni. Kontakt Markowskiego z publicznością, gitarowe dialogi Krzaklewskiego i Kozakiewicza, aparycja tego drugiego ;) , niesamowite rytmy Szkudelskiego - to wszystko składa się na rewelacyjną całość. Duży plus za dwie niespodzianki - „Bujanie w obłokach” i „Nie patrz jak ja tańczę”.