...oj kalado-kaladziec! - jak głosi popularna białoruska piosenka ludowa.
O 22.00 wsiadam do autokaru (ała, już boli) i rano znajdę się w starożytnym polskim mieście Wilnie (ależ ze mnie szowinista :). Jadę szlifować język, zwiedzać knajpy i oglądać pojazdy komunikacji miejskiej. Mam nadzieję, że nikt nie będzie mnie zmuszał do oglądania kościołów, Matek Boskich Ostrobramskich oraz pamiątek po Adomasie Mickevičiusie.
A jak bozia (czyt:
MSZ) da, to zaraz po powrocie śmigam przez Warszawę do Kijowa (a potem być może gdzieś dalej, babcia kazała do Łucka) obserwować wybory parlamentarne.